Wyborcy Donalda Trumpa

Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy - Arlie Russell Hochschild

Punktem wyjścia rozmowy (o której pisałem tydzień temu) na temat okoliczności rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu było pytanie, czy dzisiaj takie porozumienie byłoby możliwe. Wnioski były z tego raczej pesymistyczne: obecnie nie ma w Polsce do tego warunków – ani na poziomie politycznym, ani społecznym. Czyli jest źle, ale najgorsze jeszcze przed nami. Na trochę (ale tylko trochę) podobny temat pisze w swojej książce Arlie Russel Hochschild, chociaż aż ta pesymistyczna nie jest.

Kto wybrał Trumpa?

Dużo mówi się u nas o głębokim społecznym pęknięciu, podziale na Polskę solidarną i Polskę liberalną (to tylko jeden z przykładów). W internecie krążą mapy łączące wyniki wyborów z przedrozbiorowymi granicami, gęstością sieci kolejowej czy deklaratywną religijnością (rozumianą jako udział w obrzędach kultu religijnego). I o tym jest tak książka właśnie. Tylko że nie o Polsce, a o Stanach.Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy (nie TEN OBCY, tylko CI OBCY: Strangers in Their Own Land. Anger and Mourning on the American Right), mimo całego swojego smutku i beznadziei (na poziomie makro), nadzieję tę przywraca na poziomie mikro.

Nie wiem, na ile kręci Was amerykańska polityka. Oglądacie prezydenckie debaty? I to nie te główne, tylko partyjne, jeszcze przed nominacjami? No, ja oglądam… i muszę powiedzieć, że czuję się tam prawie jak w domu. Poziom odjechania, twardogłowia czy braku elementarnego zdrowego rozsądku jest tam zbliżony do tego, co możemy oglądać w Polsce. I podobnie jak w Polsce, demokratyczne wybory wygrały tam siły – nazwijmy to umownie – nacjonalistyczno-populistyczne.

Autorka książki – Arlie Russell Hochschild – amerykańska profesor socjologii, mieszkająca w Kalifornii (najbardziej liberalny i demokratyczny stan), postanowiła sprawdzić, na ile pęknięta jest Ameryka dzisiaj. Nie chciała jednak pisać kolejnej socjologicznej analizy z pozycji uprzywilejowanej Kalifornii. Chciała poznać ludzi, którzy zadecydowali o zwycięstwie Trumpa; zrozumieć ich sposób myślenia, posłuchać racji, poznać konteksty. Chciała zobaczyć, na ile uda się porozumieć zwykłym wyborcom: jej, liberalnej socjolożce, z mieszkańcami amerykańskiego pasa biblijnego.

Luizjana

Na 5 lat wyjechała więc do Luizjany. Luizjana? Kojarzyłem ją jedynie z niesamowitego klimatu pierwszego sezonu True Detective oraz jako home state Sekretarz Stanu w administracji Underwooda – Cathy Durant.

No cóż… jakie skojarzenia z mieszkańcami pasa biblijnego może mieć liberalny demokratyczny wyborca? Rasizm? Konserwatyzm? Tea Party? Dostęp do broni? Biblia w każdym domu? Kara śmierci? Te wszystkie elementy są cały czas obecne w postrzeganiu mieszkańców amerykańskiego południa. Nie mówię, że niesłusznie. Tak się jednak o tych ludziach myśli. Hochschild była ciekawa, czy będzie w stanie, nawet jeśli nie zaprzyjaźnić się, to przynajmniej zwyczajnie porozmawiać i polubić tych ludzi. Czy będzie w stanie odsunąć wszystkie swoje uprzedzenia? Czy oni będą w stanie?

Wszystkich zachęcam do poczytania tej opowieści, bo historia jest naprawdę niesamowita. Podróżując przez Południe Hochschild trafia do różnego rodzaju społeczności, często bardzo zamkniętych. Co więcej, mimo że jest całkowitą outsiderką (niczym z innego świata), jest do nich wprowadzana i (przeważnie) traktowana z szacunkiem. Oczywiście pod maską radykalizmu (obrazu zbudowanego przez media i dla mediów) kryją się w większości całkiem zwyczajni ludzie, z tym że o innych poglądach politycznych czy nieco innej wizji świata. Nadal jednak są zasadniczo tacy sami jak Hochschild. Nie zepsuję Wam lektury mówiąc, że bardzo się tam dogadali. Nadal jednak uważam, że warto tę książkę przeczytać, bo ona pokazuje inną twarz Ameryki.

Ropa

Jeśli tak jak ja mieliście skojarzenie z przemysłem naftowym, to dobrze trafiliście. Nie wiem jednak, czy dobrze będziecie czuć skalę. Gdyby historie o których opowiada ta książka były pozbawione kontekstu konkretnego państwa, to nie wierzę, że ktokolwiek z Was umieściłby je w Stanach. Bardziej podpadałyby po Rosję (czy raczej nawet Związek Radziecki), afrykańskie satrapie czy Wenezuelę. Bo Luizjana, cóż… to jest takie dziwne miejsce na amerykańskiej mapie. Konserwatywny obyczajowo stan, rządzony przez skrajnie liberalnych gospodarczo gubernatorów; stan zatruty do takiego stopnia, że trudno uwierzyć; stan o najniższym kapitale społecznym; stan gdzie zamyka się szpitale, a szkoły funkcjonują przez kilka godzin dziennie… To nie są Stany jakie znacie. To jest prywatny folwark ciężkiego przemysłu chemicznego. Tak ciężkiego, że nie chce go nikt na świecie. No, z wyjątkiem Luizjany…

Czytałem kiedyś Plutopię – opowieść o atomowych miastach/kombinatach w ZSRR i USA. Wiedziałem więc, że Amerykanie jak chcą, to potrafią robić u siebie naprawdę grube historie (tak grube, że Rosjanie wypadają lepiej). Ale historie z Luizjany przekraczają wszystko, co możecie sobie wyobrazić. A na wszystko znajdziecie w tej książce liczby – jest dosłownie obsypana przypisami: odniesieniami do danych statystycznych, raportów agencji federalnych, organizacji pozarządowych czy międzynarodowych.

Luizjana, a sprawa polska

Z racji wykonywanego zawodu, zdarza mi się rozmawiać z różnymi ludźmi. Różnymi, czyli takimi, co do których nie mam pewności, że światopoglądowo są po tej samej stronie co ja. Nic o nich nie wiemy, ale przeważnie rozmawia się zwyczajnie, zwłaszcza że nie rozmawiamy o polityce czy światopoglądzie. I mimo tego fundamentalnego pęknięcia – żyje się.

Kiedy czytałem książkę Hochschild, przypomniałem sobie jeszcze jedną rzecz – tygodniowy wyjazd do Ciechocinka (PlayLAB 2017). Tam też dużo rozmawialiśmy i spędzaliśmy czas z ludźmi. Ale w przeciwieństwie do krótkich i szybkich rozmów przy innych projektach, tutaj mieliśmy czas i znacznie starsze osoby. I historie światopoglądowe się bardzo szybko pojawiały w rozmowie. I wiecie co? Dla nikogo nie miało to żadnego znaczenia! To było to samo story co w książce Hochschild – były żarciki i przytyczki, ale takie sympatyczne. Ot, po prostu zaakcentowanie w rozmowie, że wiemy z kim mamy do czynienia, takie drobne podśmichujki. Wtedy nie znałem jeszcze tej książki.

Nie jest więc tak chyba, żeby ten podział był z kategorii nieuleczalnych. Mam wrażenie, że narracje światopoglądowe i polityczne funkcjonują na różnych wymiarach. Jest wymiar broadcastu na poziomie mediów, polityków ogólnokrajowych, środowisk w social mediach itp. I to jest bardzo jednoznaczny przekaz: tu stoimy my, tam stoją oni (tam gdzie ZOMO), itp. Całość jest zradykalizowana, ideowa (żeby nie powiedzieć – ideologiczna). Polityka w wymiarze makro: wrogowie, przeciwnicy itp.

Jednocześnie codziennie funkcjonujemy w relacjach z ludźmi. Załatwiamy z nimi sprawy, rozmawiamy, wspólnie jemy. I co? Ano nic. Zwyczajnie się żyje, bo mnóstwo rzeczy jest wspólnych.

Zupełnie na koniec dodam jeszcze, że książka jest świetnie napisana (albo przetłumaczona, a niewykluczone, że i jedno i drugie). W większości jest to narracja w pierwszej osobie, co dokłada wiarygodności oraz obniża próg wejścia. Jednak nie jest to tylko czysta akcja. Sporo miejsca zajmują fragmenty eseistyczne. Całość wchodzi gładko. Bardzo polecam! Ta książka Was nie zawiedzie.

Post scriptum

Dopisuję teraz, ponad 2 tygodnie później, po reakcji Czytelników (głównie Krytyki Politycznej). Dopisuję i się wstydzę, że o tym nie pomyślałem wcześniej, mimo że uważam się za osobę raczej empatyczną. Ale tej empatii nie wystarczyło na to, żeby wspomnieć tutaj nazwiska tłumaczki. Żenada i wstyd z mojej strony! Naprawdę. Tym bardziej, że zwracam uwagę na to, jak coś jest napisane. Zwracam, ale na tyle nie potrafię docenić, że musi się o to upomnieć sama tłumaczka (vide: komentarze).

Książkę przetłumaczyła Hanna Pustuła-Lewicka. Pani Hanno, szczerze przepraszam za własne – nawet nie wiem za bardzo jak to nazwać – nieogarnięcie (?), bezrefleksyjność (?)! I obiecuję poprawę! I docenianie tłumaczy (bo niestety nigdy tego nie robię), w przyszłości.

9 Comments

  1. Dzień dobry, skoro książka „świetnie napisana (albo przetłumaczona, a niewykluczone, że i jedno i drugie)”, to uprzejmie poproszę o dopisanie oprócz nazwiska autora również nazwiska tłumaczki lub tłumacza.

  2. Cieszę się, że przekład się spodobał, a przynajmniej wszedł gładko. Dodam nieskromnie, że ta świetnie zresztą napisana książka nie przełożyła się sama, ani nie zrobił tego google translator, tylko ja, Hanna Pustuła-Lewicka, w trudzie i znoju. Pozdrawiam serdecznie.

    1. Pani Hanno, już dopisałem małe post scritptum, więc tutaj już nie rozwijam dalej. Dziękuję za zwrócenie uwagi i pozdrawiam serdecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *