Opowieści o blokach (z betonu)

Betonia. Dom dla każdego - Beata Chomątowska

Jedna z przeleżanych premier. Nie to, żeby Betonia coś przez to straciła, ale długo czekała na zakup – jakoś przed premierą trafiłem na fragmenty, a że były one jakieś takie reportażowe, to całość odłożyłem na dłużej.

Betonia. Dom dla każdego

Betonia. Dom dla każdego to bardzo solidna książka o budownictwie wielorodzinnym. W Polsce i na świecie. Beata Chomątowska (wcześniej znana między innymi ze Stacji Muranów) napisała obszerną (ponad 500 stron), ale wciągającą – jak chodzenie po bagnach – książkę. Zdaję sobie sprawę, że „budownictwo wielorodzinne” czy „budownictwo mieszkaniowe” nie brzmi jakoś specjalnie porywająco. Jeśli do tej pory tak sądziliście, to Betonia może sprawić, że zmienicie zdanie.

Nie potrafię wskazać, co w tej książce podoba mi się najbardziej. Jest świetny wątek polski (o projektowaniu osiedli, głównie w PRLu), ale jest też sporo o zagranicy. W sposób nienachalny Chomątowska opowiada o początku (i końcu) osiedli/blokowisk w Europie i nie tylko. Jest więc St. Louis z Pruitt-Igoe, jest Londyn, jest Berlin, jest Holandia. No i jest oczywiście Polska. Bardzo konkretne wątki historyczne, przeplatane są osobistymi historiami ludzi, którzy na tych osiedlach mieszkali czy je budowali.

Architekci

Jakoś specjalnie nie skłamię, kiedy stwierdzę, że do tej pory miałem dość ambiwalentne uczucie wobec architektów. Architektura jako taka mnie interesuje (chociaż bardziej urbanistyka), są tam fajne problemy projektowej, jest (co najmniej) kilka tysięcy lat tradycji, jest piękny wymiar funkcjonalny całości… No ogólnie zasadniczo ciekawe. Są i słynni architekci, którzy też sporo wnoszą i mogą (nawet dla takiego laika jak ja) być jakąś formą inspiracji.

No i sporo knotów jest. W sumie to moje zainteresowanie architekturą od tych knotów się wzięło, bo historia Brasilii (o której kiedyś pisałem, a którą muszę dokończyć – i zrobię to, w tym roku) była tak fascynująca, że zmusiła mnie do zajęcia się tematem. Architekci byli też dla mnie o tyle interesujący, że mimo że aktywnie projektujący, to trzymający się na dystans od partycypacji. Im więcej czytałem, tym bardziej widziałem w nich dość zadufanych w sobie osobników. Osobników, którzy często produkowali knoty – chcieli dobrze, ale wychodziło jak zwykle.

Sympathy For the Devil

No właśnie. Jak pisałem powyżej, jeszcze do niedawana niespecjalnie im współczułem, ale moje postrzeganie zmieniły dwie książki: Betonia i Epoka spektaklu (obiecuję napisać wkrótce). Obie pokazują architektów jako – swego rodzaju – niewolników układu, w którym funkcjonują. W Epoce spektaklu tym elementem jest agresywny kapitalizm i spekulacyjne gry na cenie budynków (a bardziej nawet gruntów, na których są postawione). Betonia opowiada o nieoptymalnym procesie projektowym.

Proces projektowy, naprawdę? To tam jest jakiś proces projektowy? Ano jest i kiedy poczytałem historie o budowie osiedli, to nie mogłem uwierzyć jak bardzo jest to blisko świata projektowania produktów i usług. Pewnie każdy właściciel biznesowy wie, że opis produktu (wymagań) to jedno, a to co się dostaje na końcu, to drugie. I żeby mieć pewność, że efekt końcowy będzie zgodny z tym co zaplanowaliśmy, to trzeba się namęczyć i przez cały czas pilnować i sprawdzać.

Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że podobnie sytuacja wyglądała (a może i nadal wygląda) po stronie architektów. Jest jakiś plan, ktoś go bierze i zaczyna na tej podstawie budować. Ale w trakcie stwierdza, że np. nie zbuduje danej ściany, albo przesunie okno, albo zrobi mniejsze drzwi… Poczytanie o okolicznościach wprowadzania fundamentalnych zmian projektowych było dla mnie szokiem. W ogóle nie brałem pod uwagę, że na takiej budowie można postawić coś niezgodnie z planem (bałbym się, że mi się to wszystko potem zawali, bo przecież ktoś to policzył). A już że można zmienić kształt bloku?!

I wtedy dotarło do mnie, że każdy projektant ma swojego realizatora: budowlańca, programistę czy drukarza. Ktoś projektuje, a ktoś inny realizuje. I niezależnie od medium, powstaje przestrzeń do błędu – jak mawia jeden mój znajomy: „Nie ma takiej rzeczy na świecie, której drukarz nie spieprzy” (pozdrawiam drukarzy! nic do nich nie mam!).

Nowy Sącz i Berlin

Wychowałem się na osiedlu (nie napiszę nigdy o nim „blokowisko”) Millenium w Nowym Sączu – osiedlu zaprojektowanym i zbudowanym pod koniec lat 70-tych. Do tej pory mam w pamięci zapach ziemi i takiego mokrego betonu, kiedy się tam wprowadzaliśmy (miałem wtedy 5 lat). I mieszkałem na tym osiedlu do 18 roku życia i było mi dobrze. Potem wyjechałem, osiedle się starzało, drzewa rosły, trawniki się zmniejszały… Ale nadal było to moje osiedle.

I kiedy 2 tygodnie temu, w słoneczny sobotni poranek tamtędy przechodziłem, zaskoczyło mnie jak dobrze zaprojektowana jest tam przestrzeń: światło, przestrzeń, zieleń. Zachwyciła mnie stojąca w centrum szkoła, pobliskie przedszkole czy (paskudny) pawilon handlowy. To była (i jest) przestrzeń na miarę człowieka: powtarzalna, ale zróżnicowana, o wyraźnej tożsamości makro (wszyscy byliśmy z Millenium), ale też mikro, (czego granie „blokowego” było widomym przykładem).

Kilka lat temu miałem wrażenie, że osiedle bardzo się zestarzało – głównie przez drzewa, które bardzo-bardzo urosły. Ale drzewa zostały mocno podcięte i znowu zrobiło się przestrzennie, a osiedle jakby odmłodniało.

Temat jakości dobrze zaprojektowanej przestrzeni (i architektury) to nie tylko temat polskich osiedli. Betonia zabierze Was także do Berlina, gdzie będziecie mogli spojrzeć na zupełnie inne podejście do rewitalizacji postenerdowskich osiedli mieszkaniowych. Ta perspektywa niemiecka jest bezcenna, bo pozwala zobaczyć w jak odmienny sposób można podchodzić do podobnego problemu. Oczywiście, trudno porównywać nasze możliwości finansowe z Niemcami… ale problem pozostaje. A w części historycznej będzie i Le Corbusier i Gropius. No miodzio.

Non omnis moriar

Wieści o całkowitym upadku idei budownictwa wielorodzinnego okazały się przesadzone. To co wydawało się symbolicznym upadkiem modernizmu (wysadzenie w powietrze Pruitt-Igoe), z perspektywy czasu okazało się egzemplifikacją rasistowskiej polityki władz w St. Louis. Nie żeby to zrobili jakoś celowo – po prostu byli sobą i nie dali rady wyjść poza pewien schemat myślenia. Podobne osiedla (chociażby Za Żelazną Bramą), mimo że z problemami i może nie aż tak wygodne jak planowano, nie okazały się siedliskiem występku i czarną dziurą na mapie Warszawy.

Podobnie znacząco przesadzone okazały się wieści o rychłej (samo)zagładzie budynków mieszkalnych z lat 60-tych i 70-tych. Budynki te mają się dobrze (jeszcze) i zyskują drugą młodość. Cieszy mnie to, bo dobrze zaprojektowane modernistyczne osiedla są po prostu wygodne do życia.

Warto poczytać książkę Chomątowskiej, żeby poznać faktyczne okoliczności ich powstania i zrozumieć szerszy kontekst. Bo kontekst – ma znaczenie. A już wkrótce temat budownictwa spółdzielczego powróci przy okazji kolejnej książki.

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *