Jak przestałem się martwić i pokochałem modernizm?

Dr Strangelowe, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem modernizm

W moim życiu modernizm pojawił się dość przypadkiem. Początkowo podchodziłem do niego wyjątkowo krytycznie – podejście modernistyczne było dla mnie zaprzeczeniem najważniejszej idei procesu projektowego – partycypacji. I o tym właśnie – o mojej drodze do „odkrycia” modernizmu jest dzisiejszy tekst. Zero konkretów, same wynurzenia.

Widmo modernizmu

Podczas CHI 2012 na jednej z sesji trafiłem na wystąpienie, które zdefiniowało moje myślenie dizajnie i modernizmie na długo. Pisałem już o nim ponad 5 lat temu. A potem przeczytałem Seeing Like a State, które była dla mnie wstrząsem, bo pokazywało naprawdę ciemną stronę ludzkiej natury.

Czytanie o modernizmie w jego najgłębszym stadium – high modernism – było dla mnie rodzajem masochistycznej przyjemności. Czytałem, denerwowałem się, nie wierzyłem że tak można i czytałem dalej. Trochę przypominało mi to oglądanie programów wyborczych partii politycznych, które hejtujemy – oglądamy je, denerwujemy się, ale trudno przerwać. A potem czeka się na następny.

Regularnie czytając jednak o modernizmie coraz bardziej odkrywałem, że – przynajmniej jeśli chodzi o architekturę/dizajn – następuje wyraźny rozdźwięk pomiędzy tym co znajduję w tekstach źródłowych (Le Corbusier, Walter Gropius), a tym jak wyglądają późniejsze realizacje.

Dostrzegałem różne wymiary modernizmu, bo miałem okazję doświadczyć do osobiście mieszkając i dorastając na klasycznym modernistycznym osiedlu i w (dość) modernistycznym społeczeństwie. A na koniec miałem okazję żyć w społeczeństwie, które ten modernizm zakwestionowało. Uważając się za liberała – wstydziłem się za liberalizm; odrzucając modernizm – pożądałem go.

Interesując się amatorsko historią oraz korzystając ze swojego kierunkowego wykształcenia (ekonomia), zafascynowały mnie początki tego ruchu. Początki skromne, ale silne. Fakt, że podobne idee wykiełkowały równolegle w kilku miejscach sprawiał, że trudno było mi patrzeć na modernizm jako na wykwit jednego umysłu. Tam musiało być coś więcej. Prosiaczek szukając Puchatka doświadczał tego, że im bardziej wchodził do środka (domku) tym bardziej Puchatka tam nie było. Ja znalazłem się w krańcowo odmiennej sytuacji.

Zrozumieć modernizm

Każdy z nas ma swój Rubikon. Moim był udział w sesji The Boundaries of HCI Research podczas CHI 2016. Miałem tam okazję wysłuchać fascynującego wystąpienia Marca Blythe’a zatytułowanego Anti-Solutionist Strategies: Seriously Silly Design Fiction. Wystąpienie to było krytyką podejścia, które Blythe określał jako solutionism. Było błyskotliwe, było udane, było historyczne, było po prostu dobre. Miałem z nim tylko jeden problem – w przypadku modernizmu pokazywało fundamentalne niezrozumienie tego, czym był. Zobaczcie sami, zachęcam – naprawdę inspirujące 15 minut:

Osoby mnie znające wiedzą, że raczej niespecjalnie dobrze czuję się w „poznawaniu ludzi” czy zaczynaniu konwersacji. A już zrobienie tego w języku obcym jest dla mnie czymś w rodzaju zstąpienia w ósmy krąg piekielny. Ale po wystąpieniu Marca odstałem swoje w kolejce, żeby powiedzieć mu, że to co powiedział było świetne, ale że zupełnie się z tym nie zgadzam, że pomija wiele uwarunkowań i że na końcu – to jest zupełnie inna historia. Nie jeśli chodzi o solucjonizm, ale o modernizm. I że mimo wszystko moderniści nie zasłużyli sobie, żeby tak o nich mówić, bo akurat oni nie myśleli tylko rozwiązaniem.

Mój sprzeciw budziło całkowite skupienie się na zewnętrzych przejawach pewnego zjawiska (skrajnie negatywnych – powiedzmy sobie jasno), przy równie całkowitym pomijaniu przyczyn. Bythe nie żył w realnym socjalizmie – ja żyłem, Blythe nie widział skutków upadku tegoż, szczególnie na wymiarze przestrzeni publicznej i pojawieniu się w zamian brutalnie tępego dyktatu rynku. Nie modernizm był problemem.

Z perspektywy czasu był to dla mnie punkt zwrotny – jawnie stanąłem w obronie czegoś, z czym walkę przez długi czas uważałem za swoją misję. Uświadomienie sobie tego faktu zmusiło mnie, do analizy swoich wcześniejszych spostrzeżeń (naprawdę, warto pisać pamiętniki, bo mimo że to bolesne, pozwala zajrzeć do swoich przemyśleń sprzed jakiegoś czasu). Potem zobaczyłem, że proces migracji w kierunku modernizmu następował u mnie powoli, ale systematycznie. Powodem były zapewne taki a nie inny dobór lektur, ale też danie sobie czasu na myślenie.

Vea victis? Gloria victis!

Gdzie jestem teraz? Dostrzegając ryzyko związanie z modernizmem i jego obciążenia historyczne, nadal uważam, że z perspektywy czasu nie było szansy, żeby sprawy potoczył się inaczej. Niespecjalnie jestem zwolennikiem determinizmu historycznego, ale nie mogę zaprzeczyć też marksowskiemu „byt określa świadomość”. Modernizm jawił się dla mnie jako naturalny sposób reakcji cywilizowanej części społeczeństwa na moralny upadek XIX-wiecznego kapitalizmu. Rozwiązaniem tego problemu wcale nie była rewolucja polityczna (jak chciał Marks), ale rewolucja etyczna.

I tym jest dla mnie pierwszy modernizm – rewolucją w zakresie etyki i odpowiedzialności społecznej. Pierwszy modernizm to jasna deklaracja tego, że struktury polityczne/społeczne mają do odegrania jakąś rolę. Z powodów różnych – głównie ludzkich – projekt ten zawiódł. Co istotne – zawiódł on nie jako całość, ale jako część. Nadal aktualne jest przecież założenie, że świat można poprawić i że ludzie powinni żyć lepiej.

Jednocześnie postrzeganie modernizmu zdeterminowane jest przez wywołane przez niego wypaczenia, a nie pozytywne zmiany, których dokonał. Wkrótce będę pisał o nowym wydaniu Karty ateńskiej (o starym pisałem ponad 2 lata temu). Fantastyczny wstęp napisała do niego Joanna Kusiak:

Problem, jaki ludzkość ma z modernizmem, jest w dużej mierze podobny do problemu, jaki ludzkość ma z marksizmem. Po pierwsze, istnieją dzieła Karola Marksa i zawarte w nich teorie. Po drugie, istnieje marksizm, a właściwie różne marksizmy, które wychodzą od idei zawartych w dziełach Marksa, jednak rozwijają się w kierunkach niekoniecznie zgodnych z literą tekstu i intencjami autora (sam Marks zarzekał się, że nie jest marksistą). Wreszcie pojawił się (…) realnie istniejący socjalizm (…). Część z nich [idei Marksa – MP] rzeczywiście wprowadzał w życie, jednocześnie jednak stosował szereg strategii politycznych jawnie sprzecznych z pierwotnymi ideami Marksa.

Tutaj zakończę, ale tekst Joanny Kusiak pojawi się już wkrótce, przy okazji Karty ateńskiej.

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *