Berlin. Ucieczka w nowoczesność

Berlin. Metropolia Fausta

W ramach rozliczeń z przeszłością sąsiadów (to teraz modne!) i w nawiązaniu do poprzednich wpisów, chciałbym dzisiaj krótko wspomnieć o książce Alexandry Richie – Berlin. Metropolia Fausta. Teoretycznie jest to monografia. Teoretycznie, bo tak naprawdę nawet jeśli jest to opowieść o mieście, to jest to też opowieść o kraju, którego Berlin (był) i jest stolicą. Z tej trochę dualnej perspektywy, wychodzi opowieść fascynująca.

Gdybym miał jednym słowem tę książkę opisać, byłoby to „zaskoczenie”. Zaskakiwany byłem bowiem regularnie. Nie sądzę, żeby powodem były jakieś wyjątkowe, odkrywcze i przełomowe rzeczy, o których pisze Richie. Głównym powodem jest raczej moja z tego obszaru (historia) indolencja. Co nie zmienia faktu, że zaskoczenia były.

Berlin zapóźniony

Jak bardzo skażeni jesteśmy historycystycznym spojrzeniem na przeszłość uświadomiłem sobie wtedy, kiedy dotarło do mnie, że o obecnie rozumianych Niemczech można mówić dopiero od II połowy XIX wieku. Niby o tym wiedziałem (Bismarck, Zjednoczenie – te historie), ale dopiero spojrzenie całościowe pokazuje, jak bardzo się myliłem. Częściowo pewnie przyczyną takiego stanu rzeczy jest polityka historyczna PRL, która epatowała Niemcami przez cały czas i regularnie podkreślała Polski z nimi zatargi.

Jakimże odkryciem było dla mnie uświadomienie sobie gigantycznego zapóźnienia cywilizacyjnego wschodnich terenów dzisiejszych Niemiec (Brandenburgia). Lektura Richie powoduje, że z oczu opadają łuski niemieckiego sukcesu i potęgi ostatnich 150 lat. Im bardziej czyta się tę książkę, tym dużej przychodzi czekać na nieuniknione, czyli spojrzenie na nowoczesne i silne państwo. Tymczasem właściwie do połowy XIX wieku jest to opowieść o biednej i zapóźnionej krainie, regularnie napadanej i grabionej, krainie nawet niespecjalnie urodzajnej, pozbawionej naturalnych granic. Richie pokazuje coś, o czym wkrótce będę pisał więcej – Łabie jako granicy nowoczesnej Europy (pisze też o tym Sowa w Fantomowym ciele króla).

Wbrew pozorom nie są to tylko czcze rozwiązania. Przyzwyczajeni jesteśmy do postrzegania chociażby potopu szwedzkiego jako ostatecznego ciosu dla Rzeczypospolitej, swoistego przetrącenia jej kręgosłupa i całkowitego zniszczenia. Co jednak powiedzieć o wschodnich Niemczech zniszczonych przez wojnę trzydziestoletnią? W Polsce było to kilka lat, w Niemczech pokoju nie zaznała połowa pokolenia, a straty materialne trudno sobie nawet wyobrazić. A jednak okazuje się, że nic nie jest zdeterminowane do końca, bo już 100 lat później, Prusy biorą udział w rozbiorze Polski, a wcześniej pokonują Austrię i odbierają jej Śląsk. Jak się okazuje – można.

Czytając monumentalną monografię o powstaniu kapitalizmu (będę o niej pisał wkrótce) Niemcy pojawiają się regularnie. Niemcy? Ale czy na pewno? Jest Norymberga, Moguncja, Trewir, Ratyzbona, potem Hamburg i… koniec. Opowieść o średniowiecznych Niemczech, ich gospodarce i kulturze materialnej to opowieść o Zachodzie. Opowieść o Berlinie, to opowieść o Wschodzie. To naprawdę zaskakujące, kiedy okazuje się, że w stosunku do Polski różnice nie są aż tak wielkie.

Forpoczta modernizmu

Fascynujące (chociaż przerażające) były dla mnie dzieje Czerwonego Berlina, czyli berlińskich dzielnic robotniczych. Są to rzeczywiści historie, które z trudem dają się dzisiaj nawet wyobrazić.

W 1870 roku (…) Berlin miał największą gęstość zaludnienia w całej Europie. Każdy mały budynek liczył pięćdziesięciu trzech mieszkańców, w upiornym Dickensowskim Londynie – zaledwie ośmiu; na przełomie wieków na hektar przypadało aż tysiąc osób. W każdym pokoju żyło przeciętnie pięć osób, ale według berlińskich dokumentów, które które są z natury niekompletne, w 27 tysiącach izb mieszkało po siedmiu lokatorów, w 18 400 po ośmiu, w 10 700 po dziewięciu, a w wielu gnieździło się ponad nawet ponad dwudziestu

Kiedy dobrze przyjrzeć się społecznym kosztom XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej, pojawienie się ruchów postulujących jakiś rodzaj reform było kwestią czasu. Radykalny wzrost gospodarczy, gwałtowny rozwój miast, zatrucie środowiska oraz dotarcie (a nawet przekroczenie) granicy upodlenia, zaowocowało pojawieniem się ruchów o charakterze higienistycznym. Berlin przysłużył się tutaj jako swego rodzaju poligon dla radykalnej wersji Ziemi Obiecanej. Warunki życia w dzielnicach robotniczych (tzw. Czerwony Berlin) przesuwają granice wyobrażeń:

Kiedy mieszkańcy (…) skarżyli się, że na dziesięć mieszkań przypada tylko jedna toaleta, oficjalna typowa odpowiedź władz pruskich brzmiała: skoro większość ludzi jest poza domem przez większość część dnia, gdy „na ogół oddaje się stolec”, toalety służą jedynie dziesięciu czy jedenastu kobietom, a skoro „jedno posiedzenie zajmuje średnio trzy-cztery minuty, do pięciu, jeśli dodać sobie czas na poprawienie ubrania, co nie jest konieczne w przypadku kobiet… nawet rezerwując dziesięć minut na jedno posiedzenie, to nadal pozostaje dość czasu przez dwanaście godzin dnia dla siedemdziesięciu dwóch osób na skorzystanie z toalety”.

(BTW, też znacie dziedziców pruskiej tradycji wyliczania różnych rzeczy? Ja mam wrażenie, że spotykam się z nimi regularnie i to niekonicznie w obszarach toaletowych). Czytając takie opisy trudno dziwić się socjalistycznemu (a nawet komunistycznemu) charakterowi berlińskich ulic. Richie świetnie udało się pokazać zjawisko koegzystowania ultrakonserwatywnych i zmilitaryzowanych elit pruskich z robotniczą większością miasta. Fascynujące są w tym kontekście opowieści o ulicznym wymiarze polityki: demonstracjach, puczach, prasie robotniczej itd. A to wszystko na tle dużych, dziejowych procesów!

Na koniec

Całość napisana jest bardzo sprawnie, a mimo w zasadzie monograficznego charakteru książki, czyta się ją świetnie. Sporo jest cytatów, a wydarzenia polityczne przedstawiane są w taki sposób, że nawet jeśli zna się historię dość umiarkowanie, można cieszyć się z lektury Berlina. To wszystko składa się w naprawdę fascynującą historię, której echa będą pobrzmiewać będą w historii Europy (i świata).

Już zupełnie na koniec: nie mogłem się doczekać Republiki Weimarskiej i pokazania Berlina jako kulturalnej stolicy Europy. No i tutaj szok! I niedowierzanie, bo Richie bardzo jednoznacznie rozprawia się z mitem Berlina jako motoru dekadencji i nowoczesnej kultury. Dla miłośników Kabaretu (to ja!), to co pisze będzie co najmniej zaskakujące.

Z mojej perspektywy, jeśli interesują Was okoliczności powstania modernizmu, będzie to trafiona lektura. I to mimo tego, że o modernizmie wprost się tam nie pisze, tzn. nie odmienia się tego słowa przez przypadki.

Właściwie od pierwszych stron tej książki, uwagę zwraca polonocentryzm autorki. To nie jest jakieś na marginesie wspominanie o Polsce. To jest regularne pokazywanie stosunków niemiecko-polskich, ale przez pryzmat głównie polskich interesów. Początkowo pojawiające się tu i ówdzie słowa komentarza traktowałem z dystansem. Nie mogłem jakoś uwierzyć, że takie poglądy prezentuje niezależny zachodnioeuropejski historyk. No ale jednak. Potem okazało się, że autorka (mimo że jest Kanadyjką), to prywatnie jest żoną syna Władysława Bartoszewskiego. Wyjaśnia to wiele, niczemu nie przeszkadza.

Z niecierpliwością czekam na drugi tom monografii Richie, obejmujący czasy od upadku Republiki Weimarskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *